Wspomnienia Henryka Kuksza

Harcerski Portal Jędrusie – jedrusie.org – prezentuje na łamach swojego portalu wspomnienia Henryka Kuksza (1923-2008) – byłego leśniczego Ogorzelca (1945-1950), a w czasie II wojny światowej walczącego w oddziałach Armii Krajowej żołnierza należącego do słynnego oddziału partyzanckiego Jędrusie.

BIAŁE TANGO
Po partyzancie dziewczyna płacze „Nie płacz dziewczyno i nie lej łez”… Jeśli czytelniczki pozwolą, to cofnę się wstecz do roku pańskiego 1939. Był słoneczny dzień 15 sierpnia, święto Wojska Polskiego. Dowódca 2 pp leg. płk Czyżewski ukończył manewry na ziemi sandomierskiej. Z okazji święta zapraszał na bal w Klimontowie. Zaproszenia dla mnie i dla siostry dostarczył nam w swoim czasie porucznik W.Kalenkiewicz. Cieszyłem się tym pierwszym balem, ale denerwowałem się okrutnie, bo nie umiałem absolutnie tańczyć. Byłem wychowywany w gimnazjum księży Marianów. Bal zaczął się wspaniale dzięki wojskowej orkiestrze.

Po chwili wodzirej ogłosił „białe tango”. Zostałem zaproszony przez jedną z klimontowianek. Była ładna, toteż wcale się nie opierałem, z mety przyznałem się do braku umiejętności tańca. Jej odpowiedź : „Nie bój nic, lecz zwróć uwagę na moją mamę tańczącą z kapitanem”.

Przy tangu należy się zbliżyć, wówczas wyczuwa się rytm. Moja nauczycielka była dobra i balowaliśmy do późnej godziny. Minęło kilka lat. Na wiejskich weseliskach wspominałem swą pierwszą instruktorkę tańca.

Gdy za namową mjr. „KRUKA” i por. „SOWY” przystąpiłem do produkcji „lewych” kenkart , zostałem na długie lata związany z wywiadem AK.

Następna ciekawa sceneria wiązała się znów z Klimontowem pod obwodem mojego AK (Jurkowice były placówką). Nawiązanie łączności z prokuratorem obwodu Jerzym Wieczorkiem było dla mnie łatwe i wygodne, bo był on wujem mojej Izuni Lesserówny, byłej instruktorki tańca.

Między Bogiem, a prawdą, to czasami nie byłem pewien, czy bardziej zaczyna mi się podobać córka, czy jej mama. Na razie jednak oboje z Izą martwiliśmy się, że muszę wyjechać do Warszawy na coroczną sesję egzaminacyjną na tajnym SGGW. Wróciłem po kilku tygodniach radosny, bo zdałem wszystkie egzaminy. W drodze powrotnej, już w Opatowie jeden z kolegów zapytał : „SELIMKU”, co ty na to, że „TARZAN” dmuchnął ci sprzed nosa Lesserówną”, zaciągnął ją w Klimontowie do fary i wzięli ślub. Oczywiście w Klimontowie dopóki mogłem, to się nie pokazałem. 

PRZYGODA Z „LINEM”

Jednak dostarczone mi „Odwety” przez „Łysego” – Kozłowskiego, musiałem natychmiast dostarczyć do rąk naczelnika poczty Paprockiego lub Jerzego Gutkowskiego – „TOPORA” w Klimontowie. Zimno było, dlatego też cienką kurtkę przepasałem pasem wojskowym. Już wchodziłem na pocztę, gdy z tyłu za pas ktoś mnie chwycił. Ujrzałem cuchnącą twarz i zapijaczone oczy komendanta żandarmów Leszera. Zostałem zapchany na posterunek żandarmerii. Już ze schodów było słychać uporczywy dzwonek telefonu. Zostałem puszczony i rozpoczęto rozmowę w języku niemieckim. Drzwi były otwarte na oścież. Odbezpieczyłem w kieszeni mojego Stocka i wolnym krokiem opuściłem posterunek. Widocznie obaj wartownicy byli pewni, że szef mnie wypuścił. Przy kiosku z papierosami u Pawlika stał blady Mirek Ślimakowski – „WILGA”. Przekazałem mu „Odwety” i poszedłem do Rybusów po konia. Klimontowa i pięknych klimontowianek na całe życie miałem dość. Życie jednak toczyło się dalej. Zarówno w Jurkowicach, jak i na Samotni oraz w Nawodzicach były chętne, by się spotkać na drewnianej wieży triangulacyjnej. Były tam cudne widoki, widziało się nawet Góry Świętokrzyskie.

Nadszedł wreszcie rok 1944. Chlubnie zakończyłem kurs młodych dowódców w Olbierzowicach, zaś funkcje wywiadu zostały przejęte przez H. Marcinkowskiego.  Nasz II Batalion zdąża na koncentrację pułku w Góry Świętokrzyskie. Jest 2 sierpień. Nasz zwiad konny dowodzony przez ppor. „INSPEKTORA” – Stanisława Wiącka jest strażą przednią II Batalionu dowodzonego przez kpt. „TARNINĘ” – Tadeusza Pytlakowskiego. Teren najlepiej zna „SELIM”, więc ja prowadzę. Mam rozkaz dokonać objazdu. Przed każdym z licznych wąwozów pojazdy cywilne muszą się zatrzymać. Znajduję się właśnie przy takim wąwozie koło Kiełczyny i Gorzkowa. Nagle kasztan mój głośno zarżał, ujrzał bowiem nadjeżdżający wolant wiozący silnej budowy jegomościa. Poprosiłem, by objechali wąwóz górą lub poczekali aż przejadą tabory wojskowe. Na moją prośbę padło pytanie: A co to za wojsko?”. Odpowiedziałem grzecznie po partyzancku :”G…. to pana obchodzi !”. W tym momencie uderzony kasztan stanął dęba tak, że o mały włos nie wyskoczyłem z kulbaki. Sprawcą był mój szef meldujący: „Panie pułkowniku, szef zwiadu „Jędrusiów” Wiącek melduje przemarsz II Batalionu 2 pp Legionów AK”. Dalszej rozmowy nie słyszałem. Byłem bowiem już poza wąwozem. O mojej przygodzie z płk. „LINEM” koledzy długo opowiadali.

Jesteśmy już po nocnym ataku na CEBER.

Zwycięstwo VII kompanii z Klimontowa dowodzonej głównie przez poruczników – Witolda Józefowskiego – „MISIA”, „SIWEGO” i „TOPORA” było olbrzymie. „MIŚ” – por. Józefowski, to bardzo ciekawa postać. Komenda Główna Armii Krajowej delegowała go na szefa Dywersji Obwodu Sandomierz. Na początku przyjął dowództwo oddziału po Stefanie Franaszczuku – „ORLICZU”. Był to bardzo dobry zdyscyplinowany zespół żołnierzy, dwóch z nich prosiło „MISIA” o zezwolenie rozbrojenia 2 żandarmów w autobusie pasażerskim na linii Sandomierz – Opatów. Zadanie to wypełnili zabijając i pozostawiając zastrzelonych żandarmów na przystanku w Lipniku (podobwodu Klimontów). Następnego dnia Niemcy w tym miejscu rozstrzelali 24 mieszkańców Lipnika, przeważnie bechowców. Szczegóły znam z dochodzenia, jakie w tej sprawie prowadził prokurator Obwodu AK. Sprawa była poważna, bo z jej powodu Komenda Powiatowa BCh nie włączyła swych żołnierzy (broń zrzutowa) do 2 pp Legionów AK i nie wzięli udziału w akcji „BURZA”.

Nasz batalion kwateruje już w Świętokrzyskich Górach, w pięknej, kościelnej wsi – Dębno. Na niedzielę, 15 sierpnia zostałem zaproszony na niedzielny obiad przez panią organiścinę, raczej przez jej bardzo ładną córkę.

Pamiętam, że w ogrodzie miały bardzo słodkie czereśnie. Dzień świata , 15 sierpnia było pięknie i słonecznie jak w 1939 r. Szykowałem się na ten obiad z wielką ciekawością. Obiad był zaplanowany oczywiście po mszy polowej. Szef por. „INSPEKTOR”, znający moje plany nakazał mi wcześniejszy wyjazd na Święty Krzyż, gdzie był nasz punkt obserwacyjny, bym z meldunkiem zdążył wrócić przed mszą. Jadąc po odbiór meldunku wspominałem bal w Klimontowie przed pięciu laty. Miałem już wyjechać z lasu, gdy wpadłem w krzyżowy ogień zasadzki. Kule skosiły mojego kasztana. Padł na miejscu. Dobrze, że w porę wyrzuciłem nogi ze strzemion. Oddałem dwie krótkie serie ze stena, czekając kiedy napastnicy po mnie przyjdą. Natomiast przyszli z odsieczą i meldunkiem koledzy obserwatorzy, od „Zawiszy” z 5 kompanii. Zebrali dwie garście  łusek z pepesz. Musiałem opłakać kasztana i opić jego zgon źródlaną wodą. Z kulbaką na plecach, w upalnym słońcu wracałem do Dębna na piechotę. Dobiłem do mety, oddałem meldunek. Śpiącego w stodole obudził mnie „HRABIA” słowami: „Małgosia czeka!” „ Jasiu Nowakowski przeproś ją i wytłumacz, że mam żałobę po koniu, którego wychowałem od źrebaka” – odparłem. Tak się zakończyło ułańskie życie „Selima”.

Stanąłem do raportu i nazajutrz wyruszyłem z Dębna już w szeregu dowódcy pocztu II Batalionu. „Hrabia” twierdził, że Małgosia nie chciała jego zaprosić.

Siedzę sobie w poczcie i czyszczę oficerki pastą od „Pantery”. Nagle zbliżają się goście. Dobrze, że sanitariuszki mnie uprzedziły. „Tarnina” jest nieobecny, więc wita ich „Wicher”.

Dr „LEPSZY” przedstawia nam nową sanitariuszkę – „BAŚKĘ”. Zdębiałem z wrażenia. Tak pięknej ciemnowłosej dziewczyny, to w swoim życiu nie widziałem. „LEPSZY” powiedział: Nowa sanitariuszka „SELIMOWI” się nie spodobała, który lata tylko za blondynkami”. A tej Małgosi z Dębna, to nawet na pożegnanie nie zaśpiewał: „Nie płacz dziewczyno, nie lej łez”. Całe szczęście, że nową sanitariuszką zaopiekowała się „MATYLDA”. Właśnie taki miał początek mój flircik ze śliczną „BAŚKĄ” w której kochała się większość oficerów 2 pp leg. AK a z 3 i 4 podobnie. Ciągle wyrastały mi przeszkody w spotkaniach z ukochaną „BAŚKĄ”.  

Co parę dni czekała na mnie zmiana jedwabnej, spadochronowej bielizny.

Tego jedwabiu nie lubiły wszelkie insekty. Nie lubiły też końskiego potu, więc z plagą wszawicy miałem święty spokój i nie musiałem odzieży zakopywać w mrowisku. Poza tym Basia twierdziła, że w niebieskiej koszuli jest mi do twarzy. Znalazła też odpowiedni moment, by dać mi do przeczytania swoją metrykę chrztu. Nazwisko Nawratil – dobrze, ale Edyta, to imię pretensjonalne. Następnego dnia przyjechał po mnie Kapelan Szkarłatny  Kwiat, który przed „Burzą” był wikarym w Goźlicach i znaliśmy się jak łyse konie. Kpt. „Tarnina” na mój wyjazd wyraził zgodę. Na takie wypady jeździliśmy z bronią i wielką ochotą, bo dokonując zakupów miałem możność rewanżu moim sanitariuszkom. Nie omieszkałem na wstępie zapytać kapłana, co ma znaczyć, jeśli panna pokazała mi metrykę jej chrztu. Odpowiedź padła: „Ona chce byś się z nią ożenił, powiedz Heniu czy musisz?” Nie muszę, ale mam ochotę. Bo mogę udzielić wam ślubu.

Lista zapotrzebowania naszych dziewczyn była długa, ale właścicielka apteki bezpłatnie całość zrealizowała. Radość sanitariuszek była tak głośna i brawurowa, że „Tarnina” polecił poczęstować nas prawdziwą kawą.

Kapelan zastanawiał się, czy to jeszcze z CEBRA, czy ze zrzutu. Któregoś dnia namawiałem Basię na golonkę w 7 kompanii, co do klimontowiaków – nie poszła, chciała i głaskała rudego psa.

Wówczas zaśpiewałem :”Leci pies przez pole ogonem wywija, pewnie nie żonaty wesoła bestyja – oj dana.” „Selim” świntuch jesteś… Podobno ktoś jej głupot naopowiadał o klimontowiakach. Basia zginęła mi z oczu po nieudanej akcji „NA ARMATY” w Dziebałtowie, gdzie mieliśmy rannych „Jędrusiów”.

Basia opiekowała się rannymi w Przyłagach, gdzie był nasz szpital polowy. Pierwszego września 1944, w piątą rocznicę wybuchu II wojny światowej zostałem awansowany i przeniesiony na dowódcę drużyny w 6 kompanii naszego II Batalionu. Wolałbym nadal walczyć wśród starej wiary. Moje złe przeczucie miało się sprawdzić. Uspokajał mnie mój dowódca, stary „Jędruś” – „WUJEK” – Czesław Gawroński z Bogorii. Natychmiast polecił mi zameldować się por. „ROGOWI”, dowódcy naszej VI kompanii. Na jego wniosek „Tarnina” przydzielił mnie do jego kompanii (dotychczas był zastępcą „ZAWISZY” w V kompanii). Błyskawicznie dobrałem sobie młodych harcerzyków z Radomia od porucznika „ROZŁOGA”. Tylko jeden z nich miał 18 lat. Natychmiast zacząłem z nimi podstawowe żołnierskie szkolenie, które trwało zaledwie dwa dni. Trzeciego dnia obudził mnie 16 letni „GROM” słowami: „Szefie, alarm bojowy !” Szliśmy do boju odbijać z rąk niemieckich palące się Radoszyce. Nasza kompania szła do szturmu terenem całkowicie odkrytym na okopanych Niemców z bronią maszynową i samochodem pancernym. Młodzi chłopcy szli, biegli, wspaniała pancerka uciekała wstecznym biegiem. Cała kompania ryczała: „Do krwi ostatniej, kropli z żył”. Padają ranni, por. „Róg” , „Lisek”, „Selim”. Oprzytomniałem leżąc na konnym wozie, na lewej nodze nie miałem buta, mimo bandażu noga krwawiła. Całkiem oprzytomniałem w namiocie, gdy „Basia” przy karbidówce zmieniała bandaż. Okrutnie chciało się pić. Wypiłem całą szklankę gorzelaka. Doktor „Andrzej” oświadczył, że nie ma innego leku znieczulającego. Uprzedził, że usuwanie odłamków będzie długie i bolesne. Jak się będę patrzył na „Basię”, nie będzie bolało. „Selim” tylko się nie zapatrz, bo „Basia” jest moją narzeczoną.

KONIEC PIEŚNI I MIŁOŚCI
Tej pieśni może koniec, ale nie miłości. Proszę o wybaczenie, ale na chwilę przenoszę się do roku 1975, do spotkania z „Basią” i doktorem „Andrzejem”. Jest wrzesień 1975 r. Trudzę się nad opisywaniem moich burzliwych losów, mój przyjaciel Czarek Chlebowski zmienił tytuł książki na „Jędrusiowa Dola”. Radził bym zaczął od tego, gdzie się urodziłem i kiedy. Dotychczas pisywałem jedynie artykuły fachowe do „Wydawnictw Rolniczo – Leśnych”.

Z głębokiej zadumy poderwał mnie dzwonek telefonu.
– Mówi profesor  Chachaj z Wrocławia
– Melduje się Panu dawny „Selim”.
– Adres i telefon uzyskałem od por. „Roga” – Rożyńskiego, zapraszam do Wrocławia, kiedy ujrzę „Selima”?
– „Selim” melduje, jeśli można w sobotę.

Dobrze, na inwalidę wojennego będzie czekać do Warszawy. Jedziemy obaj z „Babiniczem”. We Wrocławiu czekają na nas Edzio Grabowski, Jaś Nowakowski „Hrabia” (rektor WSR). W sekretariacie pytają nas, czy jesteśmy umówieni? Witamy się z profesorem. Poczęstunek, kawa i kanapki. Już jesteśmy wszyscy po imieniu.

– To Tyś Heniu chciał uwieść moją narzeczoną.
– Ja sądzę Władziu, że było wręcz odwrotnie.

Profesor już dyktuje zaświadczenia, my podajemy swoje personalia. Następnie profesor zaprasza nas do domu na obiad. Profesor Edyta „Basia”, żona wita się najpierw ze mną bardzo serdecznie.

– Heniu, przyznaj się, czy długo tęskniłeś za mną?
– Basiu, do dzisiaj, ale jesteś piękniejsza niż kiedyś.

Wszyscy biją brawo. Basia nie wierzy mówiąc, że mam piękną żonę i cztery córki. Przyjęcie było wspaniałe. Kupiono nam bilety na ostatni nocny pociąg do Warszawy. Gospodarze odprowadzili nas do samochodu. 

WRACAM DO 1946 ROKU
Jestem leśnikiem w Sudeckim Inspektoracie Lasów Państwowych pod Jelenią Górą. Moja działalność w „WiN-ie” polega na udzielaniu pomocy prześladowanym żołnierzom Armii Krajowej, NSZ i WiN, którzy muszą dostać się do Amerykanów gen. Pattona. Leśnictwo moje leżało w pobliżu granicy z Czechosłowacją. Musiałem więc zaprzyjaźnić się ze strażą graniczną i leśnikami słowackimi. Nasi zbiegowie mieli do przebycia około osiemdziesiąt kilometrów. Wielką pomoc miałem ze strony inż. Karola Bergfryda – inspektora Lasów Sudeckich. W związku z moją słabą znajomością języka niemieckiego, zwłaszcza w rozmowach telefonicznych, polecił mi zatrudnić sekretarkę. Dobrze, że się nie pospieszyłem, bo kandydatka sama się zgłosiła i to bardzo ładna blondynka. Po sąsiedzku z zabudowaniami leśniczówki stał śliczny, modrzewiowy dworek. Którejś nocy obudziły mnie krzyki i wołanie o pomoc z tego dworku. Spałem na drugim piętrze z balkonem. Teren był dobrze oświetlony. Oddałem więc do napastników tłukących szyby kilka strzałów z myśliwskiego sztucera. Strzały były celne, bo zaległa cisza. Nazajutrz miałem odwiedziny starszej, eleganckiej pani i jej córki, długonogiej, blondynki – Elizy. Panie przyszły podziękować za skuteczną obronę przed bandytami. Eliza znała trochę język polski, bo od dziecka była wychowywana przez bony, opiekunki Polki. Do mnie odzywała się: Wer ober Ferster. Przyniosły szampana i szarlotkę. Starsza pani była właścicielka firmy futrzarskiej w Lipsku musi wyjechać tam z przepustką uzyskaną we Wrocławiu. Na czas jej nieobecności prosi o opiekę nad córką Elizą. Wyraziłem zgodę nie okazując zadowolenia i stawiając następujące warunki. Eliza złoży podanie i obejmie funkcje sekretarki leśnictwa, zamieszka na parterze, w kancelarii. Miałem też osobistą, prywatną prośbę, by zajęła się moją fermą nutrii i czasami kuchnią. Wszystko zostało załatwione po mojej myśli, mego szefa – inż. K.B., Elizy i jej matki. Tegoż samego dnia mówiliśmy sobie z Elą po imieniu. Lokale w Jeleniej Górze prawie przestałem odwiedzać, chyba że z Elizą, bo była zazdrosna. Niestety, po kilku cudownych miesiącach zabawiłem na dłużej na weselisku u Kazia Rutkowskiego, a może Władka Gajewskiego z Jurkowic.  Po powrocie zastałem leśniczówkę i cały Ogorzelec puste. KBW wysiedlał Niemców do NRD. Odnalazłem tylko kartkę: „Kochany Heniu! Odszukaj mnie w Lipsku. Czekam. Ela”. Odszukałem ją po 20 latach, jeżdżąc do Lipska na aukcje futrzarskie jako rzeczoznawca Ministerstwa Rolnictwa do wyceny skór lisich.

HENRYK KUKSZ PS.”SELIM”

 

Źródło: www.jedrusie.org

Facebook Comments

Comments are closed.